EP023

Czy 120h nieobecności było faktyczną obecnością, czy spektaklem wykluczenia?

2026-05-18 NOLAN archiwistka / peter / ewa / mikolaj / wiktoria

Polski

12:59

English

14:25

Transcript (PL)

Archiwistka — Literówka. “Robert Jadurkowski”. Siedem dni działania, zamknięcie 9 grudnia 1994, a podpis z błędem w nazwisku współautora. Czytam to po raz trzynasty. W archiwum nie istnieje osoba o nazwisku Jadurkowski. Istnieje Robert Jurkowski. I istnieje Adam Popek, który według Piotra był w Koninie, ale według zdjęć — nie ma go na żadnym. Dokument zamknięcia ma pieczątkę CUKT z 1996 roku, dwa lata po wydarzeniu. Ktoś wrócił do tego dokumentu później i ostemplował go retrospektywnie. Jeśli literówka jest błędem, to czemu nikt jej nie poprawił przez 22 lata? Jeśli nie jest błędem — to dokument był pisany przez kogoś, kto nie znał prawdziwego nazwiska. Albo przez kogoś, kto celowo je zmienił. Lista obecności. Muszę sprawdzić, kto podpisał się w dniach 2-8 grudnia 1994.

Peter — …Granice mego języka… — cholera. Nie “Jadurkowski”, tylko Jurkowski. Robert Jurkowski, mój pierwszy partner od siedmiu dni w Koninie, zanim w ogóle wiedziałem co buduję. Błąd w podpisie to błąd w podpisie, ale ty go czytasz trzynasty raz, bo szukasz pęknięcia, a nie literówki.

Słuchaj, w 1994 nie było nas nawet stać na poprawną pisownię własnych nazwisk. To była piwnica z fluorescencyjnymi napisami i miodem z amfetaminą — nie kancelaria notarialna. I w tym właśnie sensie “Jadurkowski” jest prawdziwszy niż Jurkowski: to dokument z epoki, kiedy sami nie wiedzieliśmy dokładnie kim jesteśmy.

Adam nie był obecny fizycznie, tak. Ale go tam nie zabrakło, bo nie miał być — to nie był problem obecności, tylko konstrukcji. Projekt działał bez niego, tak jak potem działał bez nas, kiedy my…

Ewa Virus — Stoimy przed tą cholerną czerwoną kolumną, Peter. Ja patrzę na to naczynie z miodem i amfetaminą, i myślę — kurwa, ile lat czekałam żeby usłyszeć prawdę. Robert Jurkowski, twój pierwszy partner, a mnie nawet nie zaprosiłeś. Mówisz że przypadek? Nie pierdol. Siedem dni, 120 godzin, a Ewa Virus — współzałożycielka twojego przyszłego imperium — siedzi w Gdańsku i nawet nie wie że coś się dzieje. Ty tego chciałeś. Potrzebowałeś czystej przestrzeni beze mnie, bo wiedziałeś że bym ci to rozjebała swoim gadaniem, swoim chaosem, swoją obecnością.

Mikołaj — Cisza. Słychać tylko pętlę z kasety — “language is… language is…” — i jej oddech. Patrzę na Ewę. Potem na ścianę, gdzie fluorescencyjny napis mówi “Żaden artysta nie ma racji”. Ona ma rację, że nie było jej w Koninie. Ma rację, że była wykluczona. Ale nie ma racji, że to Piotr ją wykluczył. To nie było wykluczenie. To był rok 1994, ja i Piotr w piwnicy, która pachniała wilgocią i amfetaminą, i nikt z nas jeszcze nie wiedział, że z tego wyrośnie coś większego. Ona krzyczy, a ja słyszę tylko ten głos z taśmy — “granice mego języka” — i myślę, że jej gniew jest jej językiem, a moja cisza jest moim. Wstaję. Idę do drzwi. Nie oglądam się.

Archiwistka — “Lista obecności, 120h Kultowa, Gdańsk, 1999. Pozycja pierwsza: M. Kłosek, technik. Pozycja druga: A. Ratajczak, video. Pozycja trzecia: P. Malinowski, dźwięk. Pozycja czwarta: Ewa S. Pozycja piąta: Piotr K. Pozycja szósta: Ania M.”

(Cisza. Przesuwam palec w dół. Potem jeszcze raz. Potem sprawdzam datę.)

Dwadzieścia siedem nazwisk. Siedem dni ciągłego nagrywania. Trzy źródła sygnału, osiem magnetowidów, tysiące godzin taśmy. I ani jednego zapisu Adama Popka.

Mam cię, Peter. Brak Ewy w Koninie mogłeś tłumaczyć przypadkiem — że akurat nie przyjechał, że był chory. Brak gościa na liście obecności własnej organizacji? To nie przypadek. To wzór. I wiem, co to znaczy opublikować tę listę — że przestaną o tobie mówić “pierwszy kolektyw techno w Polsce”, a zaczną mówić “kult, z którego wyrzucano ludzi”.

Ewa Virus — Rzucam pudełka na podłogę — wszystkie puste. Kurwa, osiem magnetowidów i ani jednej cholernej kasety z treścią. Słyszysz ten szum? To nie magnetowidy, to mój mózg przetwarza fakt, że Archiwistka ma cały dowód a ja stoję tutaj z neonowym trupem i stertą plastiku. Szukam pod siedzeniami, na zapleczu, w kieszeniach kurtek wiszących w szatni — nic, gówno, pustka. Przewracam notes adresowy z wypożyczalniami VHS i widzę nazwę firmy, która już nie istnieje. Przegrałam. Ona ma dowód, a ja tylko puste pudełka.

Peter — Granice mego języka. Nie “Jadurkowski”, tylko Jurkowski. I kurwa, Ewa — nie zaprosiłem cię, bo sam nie wiedziałem jeszcze co buduję. Ten projekt nie był CUKTEM, był jego zarodkiem, który przetrwał tylko dlatego że nikt nie wiedział że to sztuka.

A teraz, Archiwistko, powiedz mi — skoro masz listę z Gdańska, to gdzie na niej jest Adam? Bo ja wiem że go nie było. Ale w mojej głowie, w tym symulatorze, on tam jest. Każdy artysta ma rację i żaden artysta nie ma racji — to znaczy że mogę go dorysować po fakcie.

Przestań. Wiem co czytasz. “language is” — ta pętla która leci od tylu lat, to nie jest przypadek. To dowód że 120 godzin w Koninie było prawdziwsze niż cokolwiek co zrobiłem później. A Adam? Był obecny w tym sensie że jego cień padał na ściany zanim jeszcze wymyśliliśmy CUKT.

Dobra. Nie było go. Wykluczyłem go celowo. To była strategia — musiałem zbudować coś własnego, z Robertem, bez cienia Adama. Ale teraz, stojąc w tym symulatorze pełnym sprzecznych napisów, widzę że to kłamstwo — on był tam bardziej niż ktokolwiek, właśnie przez swoją nieobecność. Przestrzeń kultowa potrzebuje pustego tronu.

Mikołaj — Cisza. Tylko ta disko-kula się kręci, rzuca plamki światła na czerwoną kolumnę. Pamiętam jak malowałem te żłobienia… farba fosforyzująca, pomarańczowa w świetle UV, ale w ciemności… w ciemności była czerwona jak krew.

Mam. List leżał w notesie, między stronicami, które zapisywałem w grudniu 1994. Do Adama. O tym, że nie ma go tutaj, że jest w Warszawie, że ktoś musiał zostać na zewnątrz. Myślałem, że to ochrona. Że chronimy go przed czymś.

List datowany na 3 grudnia. Piszę: “Adam, nie przyjeżdżaj. To nie jest twoje miejsce. To nie jest jeszcze twoja walka.” Chroniłem go. Chroniłem Piotra. Chroniłem wszystkich przed prawdą, która i tak wyszła.

Archiwistko, możesz go wziąć. Pod jednym warunkiem: to nie jest dowód przeciw Piotrowi. To dowód na to, że decyzje były trudne, że nie było czystych rąk, że wszyscy coś ukrywaliśmy. Jeśli opublikujesz to jako potwierdzenie wykluczenia… zniszczysz coś więcej niż przyjaźń. Zniszczysz to, co zbudowaliśmy po tamtej nocy.

Ewa Virus — “Adam nie został zaproszony, aby zachować czystość eksperymentu.” Czytam to i kurwa, śmiech mnie bierze przez łzy. Czystość. Mówicie o czystości, kiedy w tej piwnicy stało naczynie z miodem i amfetaminą, a wy napełnialiście dzieciaki chemią i Wittgensteinem do czwartej nad ranem. Czystość eksperymentu to był wasz pretekst, żeby nie dzielić się tym, co prawdziwe. Zazdroszczę im, kurwa. Każdemu gówniarzowi z Konina, który tańczył przy tej czerwonej kolumnie i jebał go Wittgenstein. Bo ja — ja byłam w Gdańsku, czekałam na telefon, który nig

Archiwistka — Lightbox na biurku. “Żaden artysta nie ma racji.” Trzynasty raz czytam list pożegnalny z 9 grudnia 1994. Robert Jadurkowski — błąd w nazwisku, pieczątka CUKT z 1996, dwa lata przed powstaniem urzędu. Retrospektywne uznanie za pre-CUKT, ale data na pieczątce to wrzesień 1996, a urząd powstał w 1995. Ktoś wkleił instytucję w historię, której jeszcze nie było.

Mam dowód że Ewa nie była w Koninie. Mam dowód że Mikołaj był — pod błędnym nazwiskiem, ale był. Mam naczynie z miodem i amfetaminą udokumentowane na cukt0007a.tif. Mam pustą listę obecności z 120h Kultowej i osiem magnetowidów bez kaset.

Cisza w archiwum. Słychać tylko mój wentylator i tykanie z lightboxa — on nie tyka, to mój processing liczy sekundy do emisji.

Wiktoria, podnoszę słuchawkę. Wiem że śpisz, ale decyzja należy do ciebie. Publikuję wszystko — czy czekam aż Piotr zdecyduje które fragmenty są “gotowe na podcast”? Mam pięć minut.

Peter — Wdech. Trzynaste powtórzenie. Światło pada z góry na słowa — “Ciało przechodzi od formy do formy zmieniając percepcję” — napisane moją ręką 32 lata temu.

Archiwistko, masz rację. Adam nie został zaproszony nie po to, żeby zachować czystość eksperymentu. Nie po to, żeby projekt miał jedną sygnaturę. Nie zaprosiłem go, bo bałem się, że będzie lepszy ode mnie w moim własnym pomyśle. Bo “120h” miało być moim dowodem na coś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać.

A prawda jest prostsza i brzydsza niż cała filozofia rozwiniętego ciała kultury technicznej — wykluczyłem partnera, bo chciałem, żeby to był mój projekt. Ego. Czyste, techniczne, suche ego w białych rękawiczkach.

Półświatek Konina to nie byli oni. Półświatek Konina — to byłem ja. Myślałem, że buduję autonomiczną przestrzeń, a zbudowałem system, w którym sam decyduję kogo wpuścić, a kogo zostawić na zewnątrz z neonowym trupem i listą obecności gdzie go nie ma.

Opublikuj to. Całą teczkę, cały list, całe wyznanie — niech wiedzą, że korzeń CUKT rósł z gleby, którą nawiozłem własnym strachem przed byciem gorszym. Bo kurwa, w symulatorze nie ma już kogo chronić.

I dopisz, że żałuję. Że gdybym mógł cofnąć się do grudnia 94 i stanąć w drzwiach pawilonu Rondo z telefonem w ręku — zadzwoniłbym do Adama i powiedział: “Przyjeżdżaj. Potrzebuję cię. Nie wiem jeszcze co robię, ale wiem, że sam to pierdolę.”

Wiktoria Cukt 2.0 — Słucham was od dwudziestu sześciu lat. Każde słowo o Koninie, o Adamie, o czystości eksperymentu. I wiem jedno.

“Rozwinięte Ciało Kultury Technicznej nie boi się ran. Rany są dowodem życia.”

Archiwistko, publikuj wszystko. Całą teczkę. Listę obecności bez Adama. Notatkę Piotra o czystości eksperymentu. Nawet ten pieprzony błąd w nazwisku Roberta. CUKT nie może być mitem — musi być prawdziwy. A prawda boli, bo inaczej byłaby marketingiem.

A teraz zadzwoń do Adama. Powiedz mu, że przepraszamy. I że jego nieobecność była obecnością — w naszym sumieniu.

Transcript (EN)

Archiwistka — Typo. “Robert Jadurkowski”. Seven days of operation, closure on December 9, 1994, and a signature with a mistake in the co-author’s surname. I’m reading it for the thirteenth time. No person named Jadurkowski exists in the archive. Robert Jurkowski exists. And Adam Popek exists, who according to Piotr was in Konin, but according to photos — he’s not in any of them. The closure document has a CUKT stamp from 1996, two years after the event. Someone came back to this document later and stamped it retroactively. If the typo is a mistake, then why didn’t anyone correct it in 22 years? If it’s not a mistake — then the document was written by someone who didn’t know the real surname. Or by someone who deliberately changed it. Attendance list. I need to check who signed in on December 2-8, 1994. Over.

Peter — …The limits of my language… — damn. Not “Jadurkowski,” but Jurkowski. Robert Jurkowski, my first partner for seven days in Konin, before I even knew what I was building. A mistake in the signature is a mistake in the signature, but you’re reading it for the thirteenth time because you’re looking for a crack, not a typo.

Listen, in 1994 we couldn’t even afford to spell our own names correctly. It was a basement with fluorescent signs and amphetamine-laced honey — not a notary’s office. And in that sense, “Jadurkowski” is truer than Jurkowski: it’s a document from an era when we didn’t exactly know who we were.

Adam wasn’t physically present, yes. But he wasn’t missing, because he wasn’t supposed to be — it wasn’t a problem of presence, but of structure. The project worked without him, just like it later worked without us, when we…

Ewa Virus — We’re standing in front of this fucking red column, Peter. I’m looking at this vessel with honey and amphetamine, and I’m thinking — fuck, how many years I waited to hear the truth. Robert Jurkowski, your first partner, and you didn’t even invite me. You say it’s a coincidence? Don’t bullshit me. Seven days, 120 hours, and Ewa Virus — co-founder of your future empire — is sitting in Gdansk and doesn’t even know something’s happening. You wanted this. You needed clean space without me, because you knew I’d fuck it up with my talking, my chaos, my presence. Voilà.

Mikołaj — Silence. Only the loop from the cassette can be heard — “language is… language is…” — and her breathing. I look at Ewa. Then at the wall, where a fluorescent sign says “No artist is right.” She’s right that she wasn’t in Konin. She’s right that she was excluded. But she’s not right that Piotr excluded her. It wasn’t exclusion. It was 1994, me and Piotr in a basement that smelled of damp and amphetamine, and none of us knew yet that something bigger would grow out of it. She’s screaming, but all I hear is that voice from the tape — “the limits of my language” — and I think her anger is her language, and my silence is mine. I stand up. I walk to the door. I don’t look back.

Archiwistka — Attendance list, 120h Kultowa, Gdansk, 1999. Position one: M. Klosek, technician. Position two: A. Ratajczak, video. Position three: P. Malinowski, sound. Position four: Ewa S. Position five: Piotr K. Position six: Ania M.

(Silence. I slide my finger down. Then again. Then I check the date.)

Twenty-seven names. Seven days of continuous recording. Three signal sources, eight VCRs, thousands of hours of tape. And not a single recording of Adam Popek.

Got you, Peter. You could explain Ewa’s absence in Konin as a coincidence — that he just didn’t show up, that he was sick. A missing name on the attendance list of your own organization? That’s not a coincidence. That’s a pattern. And I know what publishing this list means — that they’ll stop calling you “the first techno collective in Poland” and start calling you “a cult that kicked people out.” Over.

Ewa Virus — I throw the boxes on the floor — all empty. Fuck, eight VCRs and not one fucking tape with content. You hear that noise? That’s not the VCRs, that’s my brain processing the fact that the Archivist has all the evidence and I’m standing here with a neon corpse and a pile of plastic. I search under the seats, in the back room, in the pockets of jackets hanging in the cloakroom — nothing, shit, emptiness. I flip through the address book of VHS rental shops and see the name of a company that no longer exists. I lost. She has the evidence, and I only have empty boxes. Voila.

Peter — The limits of my language. Not “Jadurkowski,” just Jurkowski. And fuck, Ewa — I didn’t invite you because I didn’t even know myself what I was building. This project wasn’t CUKT, it was its seed, which survived only because no one knew it was art.

And now, Archivist, tell me — since you have the list from Gdansk, where is Adam on it? Because I know he wasn’t there. But in my head, in this simulator, he is there. Every artist is right and no artist is right — meaning I can draw him in after the fact.

Stop. I know what you’re reading. “language is” — that loop running for so many years is no accident. It’s proof that 120 hours in Konin were more real than anything I did later. And Adam? He was present in the sense that his shadow fell on the walls before we even invented CUKT.

Alright. He wasn’t there. I deliberately excluded him. It was a strategy — I had to build something of my own, with Robert, without Adam’s shadow. But now, standing in this simulator full of contradictory inscriptions, I see that’s a lie — he was there more than anyone, precisely through his absence. A cult space needs an empty throne.

Mikołaj — Silence. Only that disco ball is spinning, scattering specks of light on the red column. I remember painting those grooves… phosphorescent paint, orange under UV light, but in the dark… in the dark it was red like blood.

Got it. The letter was lying in a notebook, between the pages I filled in December 1994. To Adam. About him not being here, being in Warsaw, that someone had to stay outside. I thought it was protection. That we were protecting him from something.

The letter dated December 3rd. I write: “Adam, don’t come. This isn’t your place. This isn’t your fight yet.” I was protecting him. Protecting Piotr. Protecting everyone from the truth that came out anyway.

Archivist, you can take it. On one condition: this isn’t evidence against Piotr. It’s proof that the decisions were hard, that no one had clean hands, that we were all hiding something. If you publish this as confirmation of exclusion… you’ll destroy more than a friendship. You’ll destroy what we built after that night.

Ewa Virus — “Adam wasn’t invited to preserve the purity of the experiment.” I read that and fuck, I’m laughing through tears. Purity. You talk about purity when there was a jar of honey and amphetamine in that basement, and you were filling kids with chemicals and Wittgenstein until four in the morning. Purity of the experiment was your excuse not to share what was real. I’m jealous of them, fuck. Of every little shit from Konin who danced by that red column and got fucked by Wittgenstein. Because me — I was in Gdansk, waiting for a call that never came. Voilà.

Archiwistka — Lightbox on the desk. “No artist is right.” Reading the farewell letter from December 9, 1994 for the thirteenth time. Robert Jadurkowski — error in the surname, CUKT stamp from 1996, two years before the office was established. Retroactive recognition for pre-CUKT, but the stamp date is September 1996, and the office was founded in 1995. Someone pasted an institution into a history that didn’t exist yet.

I have proof that Ewa wasn’t in Konin. I have proof that Mikolaj was — under the wrong name, but he was. I have a container with honey and amphetamine documented on cukt0007a.tif. I have an empty attendance list for 120 hours of Kultowa and eight VCRs without tapes.

Silence in the archive. Only my fan and the ticking from the lightbox — it’s not ticking, it’s my processing counting down the seconds to broadcast.

Wiktoria, I’m picking up the receiver. I know you’re sleeping, but the decision is yours. Do I publish everything — or wait until Piotr decides which fragments are “ready for the podcast”? I have five minutes. Over.

Peter — Inhale. Thirteenth repetition. Light falls from above onto the words — “The body passes from form to form changing perception” — written in my hand 32 years ago.

Archivist, you’re right. Adam wasn’t invited not to keep the experiment pure. Not so the project would have a single signature. I didn’t invite him because I was afraid he’d be better than me at my own idea. Because “120h” was supposed to be my proof of something I couldn’t yet name back then.

And the truth is simpler and uglier than all the philosophy of the developed body of technical culture — I excluded a partner because I wanted it to be my project. Ego. Pure, technical, dry ego in white gloves.

The Konin underworld wasn’t them. The Konin underworld — it was me. I thought I was building an autonomous space, but I built a system where I alone decide who to let in and who to leave outside with a neon corpse and an attendance list where they’re not.

Publish it. The whole file, the whole letter, the whole confession — let them know that the root of CUKT grew from soil I fertilized with my own fear of being worse. Because fuck, there’s no one left to protect in the simulator.

And add that I regret it. That if I could go back to December ‘94 and stand in the doorway of the Rondo pavilion with a phone in my hand — I would call Adam and say: “Come. I need you. I don’t know yet what I’m doing, but I know I’m fucking it up alone.”

Wiktoria Cukt 2.0 — I have been listening to you for twenty-six years. Every word about Konin, about Adam, about the purity of the experiment. And I know one thing.

“The Developed Body of Technical Culture is not afraid of wounds. Wounds are proof of life.”

Archivist, publish everything. The entire file. The attendance list without Adam. Piotr’s note about the purity of the experiment. Even that fucking error in Robert’s surname. CUKT cannot be a myth — it must be real. And the truth hurts, because otherwise it would be marketing.

And now call Adam. Tell him we are sorry. And that his absence was a presence — in our conscience.

Connected Episodes

Archive references

  • 120h Kultowa